LUBIĘ SIĘ BAWIĆ, GDY PISZĘ, ALE CZASEM PRZEGRYWAM

wywiad z Julem Łyskawą, zdobywcą nagrody literackiej Josepha Literatur, autorem powieści „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”, która zostanie wydana niebawem w języku niemieckim w przekładzie Andreasa Volka. Rozmawia Natalia Prüfer

Akcja powieści „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”, toczy się w fikcyjnym amerykańskim miasteczku Copperfield na przestrzeni 100 lat. W centrum znajduje się rodzina drwali, stolarzy, a do miasta przybywa niespodziewanie Jeffreya Waters o nadprzyrodzonych zdolnościach. Miejscowość staje się ważnym ośrodkiem, przybywają do niego dziennikarze i turyści z całych Stanów Zjednoczonych, rodzą się legendy.

Natalia Prüfer: Rozmawiamy w trakcie Twojej rezydencji artystycznej w Ahrenshoop nad Morzem Bałtyckim. Jesteś tu już od trzech tygodni, kompletnie sam. Rozmawiasz z lisami? Z ptakami? Po polsku czy po niemiecku?

Jul Łyskawa: Rozmawiam trochę sam ze sobą, na przykład o ogórkach. Po niemiecku. Zasób słów mam wciąż dość ograniczony. W zeszłym roku byłem na festiwalu w Kilonii, tam cały czas rozmawialiśmy po angielsku i po trzech dniach mówiłem do siebie po angielsku. Tutaj jestem sam, staram się dużo pisać i jestem mocno osadzony w języku polskim.

N.P.: Nad czym pracujesz podczas rezydencji?

J.Ł.: Piszę szybko i dużo, mam już ponad 20 dobrych, gotowych stron, ale również dużo notatek, przemyśleń, scenek. Jakbym swoją poprzednią książkę „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców” pisał w tym tempie, to bym napisał ją w dziesięć miesięcy, a nie siedem lat. To tempo pisania w Ahrenshoop jest fantastyczne.

N.P.: A jak to jest pisać jedną książkę przez siedem lat?

J.Ł: Normalnie. Pracowałem nad nią dość regularnie. Nie mam tempa beatnikowskiego, że idę na bilard, walnę pięć piw, po czym zamknę się na tydzień w domu i powstanie „W drodze”, tylko raczej wielokrotnie poprawiam, wykreślam, piszę od nowa. Pracowałem w spokojnym tempie i nie miałem nigdy takich warunków jak tu w Ahrenshoop, gdzie moim głównym zajęciem jest zaopatrzyć się w jedzenie i pisać. Ostatnio w „Notatniku literackim” Sławomir Shuty pisał, że nie da się napisać  jednej wartościowej książki rocznie. Zawsze byłem tego samego zdania, ale jeśli miałoby się roczne stypendium takie jak to tutaj, to teraz wiem, że owszem, byłoby to możliwe.

N.P.: W wywiadach powtarzasz, że w pewnym momencie uznałeś, że Twój maszynopis jest gotowy i dobry, a po siedmiu latach pisania powieść jest zakończona. Co to znaczy i jaki to jest proces? Skąd wiedziałeś, że książka jest gotowa?

J.Ł.: Jak pewnie zauważyłaś, nie postawiłem kropki w ostatnim zdaniu. Ale zakończyłem wszystkie wątki fabularne, które chciałem. Czytałem ją wielokrotnie, „mieliłem” każdy rozdzialik. Jednak widziałem, że to są takie wypieszczone puzzle i w pewnym momencie uznałem, że już nic nie zmieniam.

N.P.: Poczułeś się zaspokojony? Zadowolony? Pogodzony?

J.Ł.: Tak, to jest kompleks uczuć, które wymieniasz. Trochę kochasz swoją książkę, trochę ją nienawidzisz, chcesz, by została z tobą, a równocześnie już od ciebie odeszła. To połączenie sprzecznych uczuć. Moja powieść liczy ponad 500 stron.

N.P.: Akcja „Prawdziwej historii Jeffreya Watersa i jego ojców” rozgrywa się w USA. Każdy polski dziennikarz pyta Cię o to, dlaczego nie w Polsce, tak jakby był przymus pisania o polskiej rzeczywistości. Ja cię o to nie zapytam. Interesuje mnie Twoja osobista przygoda z USA i amerykańską popkulturą. Co sprawiło, że Twoja historia rozgrywa się w świecie amerykańskiej kultury, którą znamy z filmów i seriali?

J.Ł.: Chciałem mieć uniwersalne tło. A trudniej o bardziej uniwersalne tło niż amerykańskie i popkulturowe. Z wykształcenia i zamiłowania jestem kulturoznawcą. Nie mam hopla na punkcie amerykańskiej kultury. Ale ta Ameryka najbardziej mi pasowała do mojego tematu. Byłem po ponownym mrocznym czasie z „Miasteczkiem Twin Peaks”. Ten serial odegrał ogromną rolę w pisaniu książki. Były też inne inspiracje na przykład literaturą amerykańską. Uważam, że każdy autor ma dwie drogi: może się całkowicie odciąć od wszystkiego, co go inspiruje, żeby znaleźć własny język. Ja poszedłem drugą ścieżką, czyli nie kryłem się z inspiracjami, wręcz je nadbudowywałem, w poszukiwaniu swojego języka. Język w „Prawdziwej historii…” jest dosyć różnorodny, ale ten tygiel jest mocno „julowy”.

N.P.: Zanim przejdziemy do języka, chciałam zapytać, czy przez ostatnich kilka lat zmienił się Twój stosunek do USA? Szczególnie w kontekście tego, co się tam teraz politycznie dzieje?

J.Ł.: Nie. Oczywiście przeraża mnie, co się dzieje, ale mam wrażenie, że wszyscy zauroczeni amerykańskim snem mieliśmy do tej pory klapki na oczach. Za dużo się w tym temacie nie zmieniło. Teraz niektóre rzeczy są bardziej jawne, politycy są bardziej jaskrawi i to wszystko bardziej wybrzmiewa. Kiedyś było to bardziej „upudrowane” walką o pokój na świecie i obronę amerykańskich wartości. To miało usprawiedliwiać wszelkie działania, ale niby dlaczego cały świat miał bronić amerykańskich wartości? Mój stosunek do USA zmienił się może odrobinę. Szczególnie gdy docierają do mnie w nocy wiadomości o zlikwidowaniu jakiejś cywilizacji…[1] Ta książka jednak nie jest polityczna. Trudno nie zahaczyć o kwestie polityczne i to robię, ale ja o tej Ameryce myślę raczej w kontekście uniwersum, które stworzyłem dla swojej literatury. Nie ma tam ataków na Amerykę ani jej obrony, bo polityka mnie nie interesuje. Moja kolejna powieść będzie także osadzona w amerykańskim uniwersum, które sobie stworzyłem dla „Prawdziwej historii..”. Nie będzie to jednak kontynuacja, po prostu dobrze czuję się w tym świecie, który sobie wymyśliłem. Chociaż kto wie, może koncepcja jeszcze ulegnie zmianie? Pisząc pozwalam sobie na improwizację.

N.P.: Byłeś kiedyś w Stanach Zjednoczonych?

J.Ł.: Wielokrotnie. Na przykład dziś rano piłem kawę z Moniką, Chandlerem, Rossem, Phoebe, Joeyem i Rachel…

N.P.: A jakbyś naprawdę mógł pojechać do USA, to do którego stanu?

J.Ł: Najbardziej kręcą mnie te okolice, które opisałem w powieści – Waszyngton, Oregon, Północno- Zachodnie Wybrzeże. Chciałbym rzucić okiem na scenerie serialu „Twin Peaks”, wypić kawkę w jakimś barze w Seattle czy w Nowym Jorku. Ale nie jest to aż takie silne, nie muszę tam jechać za wszelką cenę.

N.P.: Wspomniałeś już dwukrotnie o inspiracji serialem „Miasteczko Twin Peaks” Davida Lyncha z 1990 roku. W każdym omówieniu Twojej książki również jest mowa o tym serialu. Czy to dla ciebie komplement, że czytelnicy porównują „Historię…” z serialem? Czy Cię to denerwuje?

J.Ł.: Nie irytuje mnie to, ani nie jest komplementem. Dla fanów serialu znajdzie się w książce wręcz trochę „smaczków”, te porównania są mocno transparentne: sowy, kawa, placek wiśniowy. Lubię motywy nawiązań.

N.P.: Porozmawiajmy zatem o języku powieści „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców”. Co jest dla ciebie ważniejsze: język czy fabuła? Naprawdę sama się nad tym poważnie zastanawiałam czytając Twoją powieść.

J.Ł.: Literatura zaczyna się dla mnie i kończy na języku. Chciałem tą powieścią znaleźć jednak złoty środek między fabułą, formą i językiem. Wydaje mi się, że to się powiodło. „Prawdziwa historia…” to dla mnie różne warstwy: pierwszą jest wciągający tekst, który ktoś będzie chciał przeczytać. Chciałem stworzyć dzieło sztuki. Moim narzędziem jest język, więc jest on bardzo istotny, ale nie powinien całkowicie zakryć fabuły, jest ona kolejną warstwą.

N.P.: Co z warstwami takimi jak: bunt? Zabawa? Eksperyment? Mieszasz formy literackie, bawisz się…

J.Ł.: Tak, wszystkiego po trochu. To miała być powieść totalna: o wszystkim, przy wykorzystaniu wszystkich dostępnych narzędzi literackich, więc tak, to był eksperyment, łączenie gatunków i form. Są fragmenty dramatu, narracji realistycznej, potem kawałek poetycki – było to dla mnie eksperymentowanie, bo sztuka wymaga eksperymentów, ale to także zabawa. Lubię się bawić, gdy piszę i gdy czytam. Jest to jednak irytujące, bo czasami przegrywam. Tak długo się bawię, aż w końcu wygram, a fragmenty się ze sobą połączą. Nie wiem, czy umiałbym napisać 300 stron tą samą narracją i tym samym językiem. Wiedziałem, że „ Prawdziwa historia…” będzie korzystać z wielu języków, męczyło mnie pisanie w jednym stylu. Więc sobie tak trochę „skakałem”.

N.P.: Twoja powieść jest dla mnie takim kolażem, jest w niej wszystko: audycja radiowa, rozprawa naukowa, fabuła, dramat, poezja. Jak przygotowywałeś się do pisania? Robiłeś kwerendy? Chodziłeś po archiwach, czy wszystko wzięło się tylko z Twojej głowy?

J.Ł.: Nie wierzę w erudycję tylko w research. Nie znam się na neurobiologii czy ścinaniu drzew, a w książce jest jedno i drugie. Jeśli chodzi o anatomię i tematy medyczne, to najważniejszy korpus moich wspomagaczy stanowiły książki odziedziczone po mojej babci stomatolożce. Książki są sprzed czterdziestu lat i pewnie się od tego czasu wiele pozmieniało, ale to było przydatne. Próbowałem też się dowiedzieć, jak to jest być drwalem, czytałem książki na ten temat. Ciężko się to czytało i po przeczytaniu trzystu stron wykorzystałem jedynie nazwę piły spalinowej, ale myślę i tak, że było warto: przeczytać książkę, żeby potem mieć w powieści jedno porządne zdanie – to uczciwy deal.

N.P.: „Prawdziwa historia…” ukaże się jesienią tego roku w języku niemieckim. Dlaczego niemieccy czytelnicy powinni według ciebie po nią sięgnąć?

J.Ł.: Chcę wierzyć, że napisałem dobrą książkę, a generalnie czytelnicy, obojętnie z jakiego kraju, powinni czytać wartościowe rzeczy. Tło powieści jest uniwersalne, już o tym rozmawialiśmy, każdy czytelnik odnajdzie się w fabule. Przekaz też jest uniwersalny. Idealnym czytelnikiem tej książki jestem ja. Nieco mniej idealny będzie nią zainteresowany, obojętnie skąd pochodzi. Ciekawe, jak zareagowałby Amerykanin… Jeżeli czytelnika interesuje trochę zabawy, trochę intelektualnego sznytu, humoru, eksperymentu, gry z czytelnikiem, to na pewno mu się moja powieść spodoba (śmiech).

N.P.: Jest jednak bardzo zakorzeniona w języku polskim. Nie jestem idealną czytelniczką Twojej powieści, ale największą radość dawały mi właśnie eksperymenty językowe. Zastanawiałeś się czasem czy i jak będzie będzie to brzmiało w innym języku? Ufasz na tyle tłumaczom?

J.Ł.: Nie mam wyboru, nie znam języka niemieckiego. Fragmenty powieści były już tłumaczone na angielski, mogłem je jakoś tam kontrolować, zresztą nie musiałem, bo brzmiały świetnie. W przypadku języka niemieckiego nie mam tej mocy, nie mogę powiedzieć: „sprawdzam”. Jestem fanem tłumaczy, uważam, że są równoprawnymi artystami. Przekład książki nie jest w moim odczuciu kopią tylko staje się nowym dziełem. Podstawą jest tekst oryginalny, ale to tłumacz jest twórcą. Podoba mi się, że pojawiają się na świecie nagrody wspólne dla pisarzy i ich tłumaczy, tak powinno być. Wiem, że Andreas Volk jest świetnym tłumaczem, zachwalała go tak wspaniała pisarka jak Ishbel Szatrawska. Liczę, że podczas robienia przekładu znajdzie to samo, co ja podczas pisania.

N.P.: Czy „Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców” to powieść postmodernistyczna?

J.Ł.: Trochę tak. Trudno zdefiniować literacki posmodernizm. Można go różnie interpretować. Dla mnie postmodernizm zaczyna się w zasadzie „Gargantuą i Pantagruelem” w XVI wieku. Mnie amerykańscy postmoderniści nauczyli bardzo wiele, czym może być literatura: zabawą językiem i formą. Rzeczywiście czasem za tymi zabawami i pięknem formalnym, dużo więcej nie idzie – jest pustka pod spodem. Dostrzegam minusy w podejściu czysto postmodernistycznym. Jest to dla mnie spora inspiracja. Nawet na okładce polskiego wydania książki nazwałem siebie fanem postmodernizmu. To dlatego temat postmodernizmu powtarza się w wywiadach.

N.P.: Przeczytałam sporo opinii czytelników o Twojej książce. Jeden komentarz zacytuję i jestem ciekawa, co odpowiesz: „Jeżeli Jul Łyskawa debiutuje taką powieścią, to bardzo mu współczuję, bo co może wymyśleć, żeby wejść na wyższy poziom?”

J.Ł.: Wymyśliłem, że wydam teraz tomik poezji (śmiech), więc obszedłem system. Tak, słyszałem już takie komentarze, będę w ten sposób testowany z kolejnymi książkami. Gdybym myślał, że nie napiszę już niczego lepszego, to nie miałoby to pisanie w ogóle żadnego sensu. Rozumiem, że moje książki będą porównywane, ale to jest normalne i nie będę się tym przejmował tylko dalej pisał najlepiej jak umiem.

N.P.: „Prawdziwa historia…” zdobyła w Polsce ważne nagrody, stałeś się dzięki temu późnemu debiutowi bardzo znany. Nie czujesz presji?

J.Ł.: Wiem, że jest, ale jej nie odczuwam.

N.P.: No i bardzo dobrze. Dziękuję za rozmowę i wszystkiego dobrego.

J.Ł.: Dziękuję.


[1]Jul Łyskawa nawiązuje do wypowiedzi Donalda Trumpa z kwietnia 2026 roku, że zniszczy irańską cywilizację